Stary imbryczek, dla mnie był najcudowniejszy na świecie, bo był babciny, prawdziwy, oswojony rękami, które wiedziały czym jest troska, stał zawsze na swojej szklanej podstawce. Podstawce ciężkiej, przezroczystej, z rozetką w środku. Pamiętacie takie podstawki, które łapały światło i zatrzymywały je na chwilę, jakby chciały coś zapamiętać? Na tej właśnie podstawce stał dumnie blisko pieca w babcinej kuchni, tam było jego miejsce i nikt nigdy go nie przestawiał bez powodu, jakby był częścią porządku świata, jakby wiedział, że jego zadaniem jest czekać na poranek razem z Nią, z moją Babcią Magdą, która wstawała wcześnie, zawsze wcześniej niż inni, zanim dzień zdążył się wydarzyć, zanim świat nabrał rozpędu, poruszała się po swojej kuchni spokojnie, bez pośpiechu, jak ktoś, kto nie musi niczego gonić, bo wszystko co ważne już ma, brała imbryczek w dłonie z taką zwyczajną czułością, nalewała wody, wsypywała herbatę, mocną, bardzo mocną, czarną jak smoła, taką, która nie była tylko napojem, ale początkiem dnia, rytuałem, obietnicą, że wszystko jeszcze trwa, że życie się nie skończyło, zapach tej herbaty rozchodził się po kuchni powoli, mieszał się z ciepłem pieca, z zapachem drewna, z zapachem starego domu, który widział więcej niż niejeden człowiek, i kiedy siedziałam przy stole, jeszcze trochę zaspana, jeszcze trochę między snem a jawą, wiedziałam, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być, czasem zdarzało się coś niezwykłego, coś, co w tamtych czasach miało wagę prawdziwego wydarzenia, kiedy Babcia gdzieś zdobyła Earl Grey, nie mówiła o tym głośno, nie robiła z tego wielkiej sprawy, ale ja czułam, że to coś wyjątkowego, w jej ruchach była wtedy odrobina święta, zapach był inny, delikatniejszy, jakby przyszedł z daleka, z innego świata, i kiedy nalewała go do filiżanek, wszystko stawało się trochę bardziej uroczyste, a jeśli jeszcze był miód, gęsty, złoty, przechowywany jak skarb, to już była prawdziwa uroczystość herbaciana, taka cicha, bez świadków, tylko dla nas, do tego były ciasteczka amoniaczki, zwyczajne, nieidealne, trochę nierówne, ale najlepsze na świecie, bo były babcine, siadałyśmy razem przy dużym białym stole, który pamiętał więcej niż mógł opowiedzieć, stół był świadkiem poranków, rozmów, ciszy, spojrzeń, które mówiły więcej niż słowa, a za oknem, na parapecie, przez cały rok stały czerwone begonie, nie wiem jak Ona to robiła, ale one zawsze były żywe, zawsze obecne, jakby wiedziały, że są częścią tej samej opowieści, patrzyłyśmy na nie razem, popijając herbatę, i nie trzeba było nic mówić, bo wszystko już było między nami, moja Bancia Magdalena, rocznik 1905, kiedy dziś wypowiadam tę datę,ż czuję ciężar czasu, który w sobie niosła, ile Ona widziała, ile przeżyła, ile straciła, ile musiała zrozumieć, a mimo to nigdy nie narzekała, nigdy nie mówiła, że jest jej ciężko, nigdy nie obciążała nikogo swoim bólem, zawsze była spokojna, obecna, prawdziwa, zawsze czekała na mnie, z herbatą albo z owsianką, albo po prostu z sobą, i to czekanie było najczystszą formą miłości, nie wymagało niczego, nie oczekiwało niczego, po prostu było, tak jak imbryczek, który stał na swojej szklanej podstawce, cichy świadek zwyczajnego szczęścia, dziś już nie ma tej kuchni takiej jak wtedy, nie ma pieca, nie ma tamtych poranków, nie ma Jej, a jednak wszystko to we mnie zostało, czasem wystarczy zapach herbaty, czasem światło padające w odpowiedni sposób, czasem zwyczajny moment ciszy, i nagle znowu widzę imbryczek, biały w niebieskie kwiatuszki, z tym swoim uszczelnionym dziubkiem, stojący dumnie na szklanej podstawce z rozetką, blisko pieca, gotowy na kolejny poranek, gotowy być częścią czegoś większego niż on sam, i wtedy wiem, że są rzeczy, które nie odchodzą naprawdę, że zostają w nas na zawsze, w najprostszych obrazach, w najcichszych wspomnieniach, w smaku mocnej, czarnej herbaty, którą ktoś kiedyś zaparzył tylko po to, żebyśmy wiedzieli, że jesteśmy kochani, tęsknię za Nią każdego dnia, za Jej spokojem, za Jej obecnością, za tym, jak patrzyła na mnie, jakby nic na świecie nie było ważniejsze, i choć czas zabrał Jej głos, Jej kroki, Jej dłonie, nie zabrał tego imbryczka, który wciąż stoi w mojej pamięci, dumny, biały w niebieskie kwiatuszki, na swojej szklanej podstawce, blisko pieca, w kuchni, w której wszystko było proste i prawdziwe, i w której miłość nie potrzebowała wielkich słów, wystarczyła herbata. Chowajcie swoje wspomnienia one tworzą nasze życia… czasem radosne , innym razem bolesne, pełne światła i burz… one są naszym życiem. Jestem w Kropce na Wałowej 35 w naszym urokliwym , pełnym historii Tarnowie. Jestem i czekam na Was do 18. Wasza pani Kropka 🔵 Ps.może i Wy chcecie stworzyć swoją historię imbryczkowa?
Dziś garść wspomnień , pachnących herbatą parzoną z miłością. Dziś o imbryczku, niewielkim, białym, w niebieskie kwiatuszki, z dziubkiem uszczerbionym delikatnie.
- dodano: 18-02-2026
- w kategorii Wspomnienia , Historia