Przejdź do głównej treści
Zamknij wyszukiwarkę Wyczyść Szukaj

Infolinia

+48 577 701 680

Produkty w koszyku: 0. Zobacz szczegóły

Czar lat 80-tych...

Pamiętam zimy z lat osiemdziesiątych bardzo wyraźnie, wszak swój wiek już mam:). Były mroźne, prawdziwe i piękne.

Czar lat 80-tych...

Takie z dużą ilością śniegu, z czerwonymi od zimna policzkami i z tym szczególnym spokojem, który pojawia się tylko wtedy, gdy świat przykrywa biała cisza. Mróz szczypał w nos, śnieg skrzypiał pod butami, a dom zawsze był azylem ( najlepszym u dziadków).
Wieczory miały swój porządek. Najpierw kąpiel — ciepła, parująca, po której nie chciało się wychodzić z łazienki. Potem szybki bieg do łóżka, w piżamie, jeszcze z wilgotnymi włosami. I Tata. Pochylał się nade mną i chuchał mi na plecy, przez materiał piżamy, od góry. Cicho, spokojnie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. To jest moje najcieplejsze wspomnienie. Nie kaloryfer, nie kołdra — tylko ten gest. Do dziś, gdy o nim myślę, robi mi się zawsze ciepło w sercu. Jakby ktoś dbał o to, żebym nie zmarzła, nawet wiele lat później.
Z Mamą stałyśmy przy oknie i patrzyłyśmy, jak mróz maluje na szybach. To było coś absolutnie zwyczajnego i jednocześnie niezwykłego. Wzory pojawiały się same — kwiaty, liście, gałązki, fantazyjne kształty. Rozmawiałyśmy o tym, co nam przypominają. Uczyła mnie patrzeć uważnie, nie spieszyć się, pozwalać rzeczom być takimi, jakie są. Te chwile były ciche, bardzo bliskie, takie nasze.
Zima najważniejszy był Dziadek i wspólne lepienie bałwana. Śniegu było tyle, że naprawdę można było „kroić” go łopatą. Dziadek zawsze bardzo serio podchodził do sprawy kapelusza. Szukał porządnego garnka — nie byle czego. Bałwan musiał wyglądać godnie. Pamiętam to skupienie i śmiech w jednym. Zwykłe lepienie bałwana zamieniało się w coś ważnego, wspólnego, pełnego radości.
Babcia miała swoje sposoby na zimę. Po powrocie z dworu stawiała nas przy piecu i suszyła nam stopy. Jej dłonie były ciepłe i pewne. Przed wyjściem smarowała nam buzie maścią z witaminą — zawsze grubą warstwą, bez negocjacji. Do dziś, gdy zbliża się zima, czuję ten zapach. Wraca nagle i momentalnie przenosi mnie do tamtych chwil. Jest w nim troska i bezpieczeństwo.
I jedzenie — proste, ale niezapomniane. Ciepła kromka świeżego chleba, na to śmietana i cukier. Nic więcej nie było potrzebne. Smak, który zostaje na całe życie. Jadło się szybko ale z ogromną przyjemnością, bo to było coś wyjątkowego, nawet jeśli wtedy nikt tego tak nie nazywał. Chleb, śmietana i cukier. Już widzę miny dietetyków:)
Te zimy były pełne śniegu i bliskości. Uczyły, że najważniejsze rzeczy dzieją się w prostych gestach. W obecności. W tym, że ktoś pamięta, żeby ogrzać plecy, wysuszyć stopy, założyć czapkę, zanim wyjdzie się na mróz.
Dziś jest niewiarygodnie piękny dzień. O szóstej rano szadź, delikatna i cicha. Chwilę później, po siódmej, słońce zaczyna się budzić i wszystko w ogrodzie wygląda inaczej. Na śniegu widać ślady sarnich kopytek — były tu nocą, coś podjadały. Świat żyje swoim rytmem.
Koty są już po śniadaniu, znalazły sobie ciepłe miejsca. Psy też — spokojne, najedzone, gotowe na dzień. Dom jest pełen zwyczajnego życia. I w takich chwilach czuję ogromną wdzięczność. Za to, co było. Za to, co jest. Za pamięć, która potrafi ogrzać bardziej niż gruby sweter.
Idę dziękować za to, co mam wszystkim i bez wyjątku.
Miejcie dobry dzień. Łapcie garściami słońce i słuchajcie, jak mróz trzeszczy pod stopami z każdym kolejnym krokiem. Wasza pani Kropka