I nie, nie uciekłam tam przed kimś. Poszłam tam z własnej woli. Z motylkami w brzuchu, z bijącym sercem i przekonana, że to jest absolutnie najromantyczniejsze miejsce na świecie. Jeśli to nie jest definicja licealnej miłości, to nie wiem, co nią jest.
Byłam wtedy w liceum. Zakochana tak bardzo, że człowiek przestaje myśleć racjonalnie, a zaczyna żyć od spotkania do spotkania. Wszystko nagle miało znaczenie. Godzina. Miejsce. To, co się powie. I to, czego się nie powie.
Nie było restauracji, nie było prezentów w błyszczących pudełkach. Była ławka. Jedna konkretna ławka, która dziś pewnie nawet nie wie, ile ważnych rzeczy się na niej wydarzyło. Siedzieliśmy na niej godzinami. Czasem rozmawiając, czasem milcząc, czasem udając, że już trzeba iść do domu, ale jeszcze pięć minut. I jeszcze pięć.
Pierwsze trzymanie za rękę.
Nie takie pewne, jak w filmach. Raczej nieporadne. Dłoń obok dłoni. Przypadkowy dotyk. Cofnięcie. Powrót. I w końcu to „już”. I nagle świat wyglądał inaczej. Jakby wszystko wskoczyło na swoje miejsce.
Ale prawdziwą perłą w koronie naszego romantyzmu były spacery na stary cmentarz.
Do dziś nie wiem, kto pierwszy wpadł na ten pomysł i dlaczego żadne z nas nie uznało, że to jednak trochę dziwne. Ale wtedy wydawało się to absolutnie logiczne. Było tam cicho. Spokojnie. Pusto. Cały świat należał do nas i do historii zapisanych na kamiennych nagrobkach.
To był romantyzm trochę z rodziny Adamsów. Trochę niepokojący, trochę śmieszny, ale w tamtym czasie najprawdziwszy na świecie.
Właśnie wtedy, w tym okresie wielkich uczuć i jeszcze większej naiwności, dostałam swoją pierwszą walentynkę.
Kartkę.
Nie wiadomo skąd ją wziął. Nie była idealna. Nie była luksusowa. Ale był w niej wiersz. I to wystarczyło, żeby moje licealne serce weszło na poziom absolutnego szczęścia.
Czytałam ją kilka razy. Potem jeszcze raz. A potem pewnie jeszcze kilka kolejnych razy, żeby upewnić się, że to naprawdę się wydarzyło.
Nie mam jej dziś. Zaginęła gdzieś pomiędzy przeprowadzkami, dorosłością i całym życiem, które przyszło później. Ale pamiętam dokładnie to uczucie. To lekkie zawstydzenie. Ten uśmiech, którego nie dało się ukryć.
Z tamtym chłopakiem mamy dziś po prostu dobry, ciepły kontakt. Bez dramatów. Bez scen jak z seriali. Życie zrobiło swoje, każdy poszedł w swoją stronę, ale została zwyczajna ludzka sympatia. I ogromna wdzięczność za to, że kiedyś byliśmy dla siebie ważni.
Walentynki przez lata urosły do rangi wydarzenia. Jedni je kochają. Inni przewracają oczami. Jedni kupują prezenty, inni demonstracyjnie nie kupują nic, bo „to komercja”.
Są też tacy, którzy przypominają, że to święto wcale nie było o pluszowych serduszkach, tylko o świętym Walentym, patronie epileptyków. I wtedy wszystkie czerwone baloniki robią się nagle trochę bardziej poważne.
A prawda jest taka, że niezależnie od wszystkiego, zawsze miło dostać serduszko.
Małe. Symboliczne. Narysowane nawet długopisem na skrawku papieru. Bo nie chodzi o wielkość gestu. Chodzi o to, że ktoś pomyślał właśnie o nas.
Z wiekiem człowiek robi się bardziej rozsądny. Rzadziej siedzi godzinami na ławce. Rzadziej chodzi na cmentarz z powodów romantycznych. Częściej patrzy na zegarek niż w oczy drugiego człowieka.
Ale gdzieś w środku wciąż jest ta sama osoba, która kiedyś czekała na kartkę i udawała, że to nic takiego, choć w środku wszystko tańczyło.