Dopala się w kominku i… wczorajsze wspomnienia budzą te kolejne. Jeśli macie ochotę to… podzielę się nimi z Wami teraz i tu. Medal dla wytrwałych:).
Wspomnienia nie przychodzą nagle . One raczej cicho podchodzą, jak zapach ciasta, który najpierw unosi się gdzieś w tle, a dopiero po chwili wypełnia całe wnętrze. Kuchnia u Babci. Zawsze trochę ciemniejsza, z ciepłem, które nie było tylko temperaturą, ale stanem duszy. Piec kaflowy wydawał się wtedy ogromny, niemal jak osobny dom w domu. W kuchni była jego część z paleniskiem i płytą, na której zawsze coś się działo – bulgotało, grzało się, czekało. A w pokoju, była druga część pieca z piekarnikiem, czyli duchówką. Dziś wiem, że to było zwyczajne, a wtedy było niemal magiczne.
W tej duchówce piekło się ciasto. Babka piaskowa, prosta, bez udziwnień, a jednak najlepsza na świecie. Ciepła, krucha, pachnąca wanilią i domem. Kroiło się ją jeszcze lekko parującą, a do tego był kubek mleka – zwykły, biały, bez pianek i dodatków, a smakował jak coś wyjątkowego. Ten zapach, połączenie ciasta, mleka i ciepłego pieca, do dziś potrafi wrócić w najmniej spodziewanym momencie i nagle wszystko na chwilę zatrzymuje się w bezruchu i uśmiechu na twarzy.
W tym samym piecu Babcia suszyła jabłka i gruszki. Rozkładane na blasze, cienkie plasterki, które powoli oddawały wilgoć i nabierały intensywności smaku. W pokoju unosił się słodki, lekko karmelowy zapach, który mieszał się z zapachem drewna i ciepłych kafli. Te suszone owoce nie były przekąską „do chrupania”. One były zapasem na zimę, obietnicą, że nawet gdy za oknem będzie szaro i mroźno, w środku zawsze znajdzie się coś dobrego.
Był też sad, taki osobny świat. Drzewa owocowe stały tam od zawsze – jabłonie, grusze – trochę krzywe, trochę nadgryzione czasem, ale hojnie rodzące. Zbieranie owoców było rytuałem, nie pośpiechem. Jabłka trafiały do skrzynek, gruszki ostrożniej, jakby były delikatniejsze. Potem zaczynało się przetwarzanie. Kompoty, soki, musy, powidła. Słoiki ustawiane równo, zakrętki dokręcane spracowanymi rękami babci. Rękami, które znały ciężar życia, ale też potrafiły być niezwykle czułe.
Zimą te słoiki były skarbem. Otwierane ostrożnie, czasem wyjadane łyżeczką prosto ze środka, bez ceremonii. Jabłka z cynamonem, gruszki miękkie i słodkie, smak lata zamknięty w szkle. To było więcej niż jedzenie. To było poczucie ciągłości, bezpieczeństwa, świadomość, że ktoś wcześniej o to zadbał.
Babcia robiła pierogi najlepsze na świecie. Nie dlatego, że były idealne, ale dlatego, że były jej. Wyraziste w smaku, konkretne, uczciwe. Lepione rękami, które wiele przeszły. Te ręce pamiętam szczególnie. Spracowane, czasem popękane, a jednocześnie tak pewne w ruchach. W tych dłoniach było doświadczenie, cierpliwość i miłość wyrażana bez słów. A na tym spracowanych dłoniach , na palcu cieniutki złoty pierścionek , teraz mój . No i płacze….
Dziadkowie nigdy nigdzie nie wyjeżdżali. Nie licząc Syberii i robót przymusowych w Niemczech, o których mówili mało albo wcale. A jednak potrafili cieszyć się światem w sposób, który dziś wydaje się niemal zapomniany. Radość z dojrzewającego jabłka, z dobrze napalonego pieca, z ciepłego posiłku zjedzonego razem. Umieli dostrzegać sens w drobiazgach, bo życie nauczyło ich, że to one są najtrwalsze.
Życie jest piękne, nawet – a może zwłaszcza – pomimo trudności. Sens nie zawsze kryje się w wielkich wydarzeniach. Często mieszka w kuchni, przy piecu kaflowym, w zapachu suszonych owoców i w słoiku otwartym zimą łyżeczką.
Ludzie w tym życiu są szalenie ważni. Bliscy, dalsi, czasem nawet obcy, którzy na chwilę stają się częścią naszej drogi. To oni zostawiają w nas ślady – jak zapach ciasta, jak smak pierogów, jak ciepło pieca, który dawno już wystygł, a mimo to wciąż grzeje w środku. I chyba o to właśnie chodzi – żeby nie zapomnieć, że to ciepło nadal w nas. Nie zapominajmy! A ja wstaje brrrr spróbuję dotrzeć do Kropki bez spóźnienia i czekam na Was od 10:)