Na sobie mieliśmy kombinezony firmy Bobo – wszyscy. Jakby istniała tylko jedna marka dzieciństwa. Trochę sztywne, trochę za duże, w kolorach, które dziś pewnie nazwano by „odważnymi”. Nikt nie przejmował się, że są ciężkie, że po godzinie nasiąkają śniegiem. One miały jedno zadanie: pozwolić nam być dziećmi i co najważniejsze, były prawie nie do zdarcia. Pod spodem grube rajstopy, sweter po kuzynie, szalik zrobiony na drutach.( swetra, rajstop, szalika niecierpiałam nie mówiąc już nic o czapce z nausznikami )

Buty zawsze przemakały. Zawsze. I to też było częścią zimy. Ten moment, kiedy wracało się do domu z nogawkami ciężkimi od lodu, a skarpetki można było wykręcać, budził raczej śmiech niż złość. Nie wspomnę , że skóra na stopach była niczym po długotrwałej zimnej kąpieli)
Na górce nie było samotności. Byliśmy razem – bez planu, bez grafiku, bez telefonów. Ktoś zawsze kogoś pociągnął na worek, ktoś się przewrócił, ktoś inny turlał się w dół, śmiejąc się tak głośno, że aż brakowało tchu. Śnieg wchodził za kołnierz, za rękawy, topił się na karku, ale nikt nie przerywał zabawy. Byliśmy brudni, mokrzy i szczęśliwi. Relacje rodziły się same. Uczyliśmy się czekać na swoją kolej, podawać rękę temu, kto się przewrócił, śmiać się z siebie, a nie z innych. Bez wielkich słów, bez wychowawczych przemówień. Po prostu razem.
Największym wydarzeniem było lepienie bałwana. Nie byle jakiego, ale największego, na jakiego starczyło sił. Toczyliśmy kule, które z każdym metrem stawały się cięższe, aż w końcu trzeba było wzywać dorosłych. Marchewka na nos, garnek na głowę, węgielki zamiast oczu. Taki Polski Bałwan:) Każdy miał charakter i historię. Stał dumnie na podwórku, jak strażnik zimy, a my wracaliśmy do domu z poczuciem, że stworzyliśmy coś ważnego. Myślałam , że nocą On ożywa.
W domu czekało ciepło. Takie prawdziwe, rozlewające się od pieca po całym ciele. Dziadkowa kuchnia była azylem. Parujące kakao, kromka chleba z masłem i cukrem, czasem z dżemem. Ręce grzało się o kubek, policzki piekły od mrozu, a opowieści same się toczyły. Nikt nie sprawdzał godziny. Czas był wtedy po naszej stronie.
Dziś często mówimy, że jest zimno, że się nie chce, że lepiej zostać w domu. Kanapa wydaje się wygodniejsza niż śnieg, a ekran bliższy niż drugi człowiek. A przecież wciąż możemy się wyciągnąć. Wciąż możemy wyjść, nawet jeśli mróz szczypie w nos. Wciąż możemy poturlać się z górki, śmiać się bez powodu, przypomnieć sobie, jak to jest być razem bez pośredników.
Zima nie musi być wrogiem. Może być zaproszeniem. Do ruchu, do wspomnień, do relacji. Do tego, by na chwilę przestać narzekać i pozwolić sobie na dziecięcą radość. Może nie mamy już worków z sianem i kombinezonów Bobo, ale mamy śnieg, śmiech i siebie nawzajem. A to w zupełności wystarczy, by znów poczuć to ciepło, które nie pochodzi z kaloryfera, ale z serca.
Warto czasem wrócić myślami do zim u dziadków, nie po to, by tęsknić, ale by przypomnieć sobie, kim jesteśmy. Że radość bywa prosta, że bliskość rodzi się w ruchu i wspólnym doświadczeniu, że mokre buty nie są problemem, jeśli obok jest ktoś, kto się śmieje razem z nami. Wyjdźmy więc z domów. Dajmy się ponieść zimie. Poturlajmy się z górki. Choćby po to, by znów poczuć się trochę jak dziecko. Zaraz zmykam do domu, uśmiecham się do Was od ucha do ucha… myśląc , że dotrwaliście do końca tekstu. Jesteście wielcy. Wasza pani Kropka