Właściwie trudno mu się dziwić, bo są takie poranki, które nie domagają się pośpiechu ani wielkich decyzji, tylko cichej obecności, łagodnego wejścia w dzień, bez gwałtownych ruchów i bez nadmiaru planów. Pomyślałam więc, że skoro nawet słońce daje sobie dziś przestrzeń na odpoczynek, to ja też mogę. Bo przecież każdy śpi tyle, ile potrzebuje, każdy budzi się we własnym tempie i każdy ma prawo do swojego rytmu, nawet jeśli ten rytm nie zawsze pasuje do kalendarza czy zegarka.
Zaczynam więc ten poranek spokojnie, bez pośpiechu, bez napięcia. W dłoniach trzymam kubek gorącej herbaty, takiej, która najpierw ogrzewa palce, potem oddech, a na końcu jakoś tak cicho rozlewa się po całym ciele, przynosząc ze sobą coś więcej niż tylko smak. To jest ten moment, kiedy można usłyszeć siebie wyraźniej, kiedy oddech robi się głębszy, a myśli przestają się ścigać. Lubię ten stan, kiedy nic nie trzeba udowadniać, kiedy nie trzeba się spieszyć, kiedy można po prostu być i powiedzieć sobie w myślach, albo nawet szeptem, takie zwyczajne „witaj świecie”, bez wielkich słów, bez patosu, tylko z uważnością.
Wczoraj wieczorem zrobiłam coś, co zawsze przynosi mi spokój, choć jest zupełnie proste. Wyjęłam moje stare wazy, te, które mają już swoją historię, które pamiętają inne stoły, inne rozmowy, inne czasy. Lubię je za to, że nie są idealne, że mają swoje drobne ślady życia, że są trochę jak my, nie nowe, ale przez to właśnie bardziej prawdziwe. W tych wazach posadziłam wiosenne kwiaty. Delikatnie, bez pośpiechu, układając ziemię, poprawiając łodygi, tak jakby każdy gest miał znaczenie. I miał. Bo w takich chwilach nie chodzi tylko o to, żeby coś zrobić, ale żeby być przy tym naprawdę obecnym.
Te kwiaty mają dla mnie jeszcze jeden wymiar. Przyjechały do mnie razem z moimi przyjaciółkami, z ich dobrym sercem, z ich uważnością, z ich prostą i piękną chęcią bycia razem. Myślę , że właśnie dlatego są dziś takie żywe, takie obecne, bo niosą w sobie coś więcej niż tylko kolor i zapach. Niosą relację. Niosą czas, który sobie nawzajem dałyśmy . Niosą obecność, która nie potrzebuje wielkich słów, żeby była prawdziwa.
Ich obecność jest dla mnie oddechem. Takim, który przychodzi wtedy, kiedy trudno oddychać samemu. Jestem im za to głęboko wdzięczna, bo były obok mnie również wtedy, kiedy się bałam, kiedy nie wierzyłam już w wiele rzeczy, kiedy sens drugiej osoby gdzieś mi się rozmywał i trudno było go zobaczyć. Nie pozwoliły mi wtedy uciec z naszej wspólnej drogi, choć pewnie nie raz próbowałam się wycofać, zamknąć, schować. Zostały. Po prostu. Bez nacisku, bez ocen, ale wystarczająco blisko, żebym mogła wracać. Dlatego dziś mogę siedzieć tu spokojnie, z herbatą w dłoniach i poczuciem, że bycie razem ma sens.
Obok kwiatków pojawiły się też jajeczka, zawieszone gdzieś pomiędzy codziennością a świętem, takie małe znaki, które przypominają, że coś się zbliża, że zmienia się czas, że przychodzi coś nowego. Nie robiłam z tego wielkiego wydarzenia, raczej pozwoliłam, żeby to wszystko działo się spokojnie, naturalnie, jakby samo chciało się wydarzyć. Rano poczułam, że coś się zmieniło. Że od dziś zaczynam wyczekiwać, ale nie w napięciu, nie w niecierpliwości, tylko w ciszy.
Cisza inna niż zwykle. Nie taka, która wynika z braku dźwięków, tylko taka, która pojawia się gdzieś w środku. Cisza bardziej miękka, bardziej uważna. Taka, która nie domaga się natychmiastowych odpowiedzi. Taka, w której można po prostu być i pozwolić rzeczom dojrzewać we własnym tempie. Lubię tę ciszę, bo ona niczego nie wymusza, niczego nie przyspiesza, tylko daje przestrzeń.
W tej ciszy wydarzył się dziś rano mały cud. Hiacynty, które jeszcze wczoraj wyglądały jakby mocno spały, jakby dopiero zbierały siły, dziś rozkwitły niemal pełnią. To jest zawsze dla mnie zaskakujące, jak wiele może wydarzyć się przez jedną noc, kiedy my śpimy i nie kontrolujemy świata. Patrzę na nie i mam wrażenie, że ktoś bardzo delikatnie, bez rozgłosu, zrobił coś pięknego. Nagle zrobiło się nie tylko ładniej, ale też inaczej, pełniej, bardziej intensywnie, jakby przestrzeń wokół nabrała nowego znaczenia.
I ten zapach. Ciepły, wyraźny, ale nie przytłaczający. Rozchodzi się po domu powoli, jakby nie chciał się narzucać, tylko zapraszał, żeby go zauważyć. To jest taki zapach, który zatrzymuje. Sprawia, że człowiek na chwilę przestaje myśleć o wszystkim, co ma do zrobienia, i po prostu jest tu, gdzie jest. Lubię takie momenty, bo przypominają mi, że nie wszystko musi być wielkie, żeby było ważne. Czasem wystarczy jeden poranek, jeden zapach, jedno spojrzenie na kwiaty, żeby poczuć, że wszystko jest na swoim miejscu.
Siedzę więc z tą herbatą, trochę dłużej niż zwykle, bez poczucia, że powinnam już wstać i zacząć działać. Pozwalam sobie na to, żeby ten poranek trwał. Żeby się nie kończył zbyt szybko. Bo wiem, że za chwilę dzień się rozwinie, pojawią się obowiązki, rozmowy, sprawy do załatwienia. I to też jest w porządku. Ale teraz jeszcze nie. Teraz jest czas na bycie, na patrzenie, na oddychanie.
Myślę sobie, że tego czasem najbardziej potrzebujemy, nie kolejnych planów, nie kolejnych celów, tylko takich chwil, w których nic nie musimy, a jednak wszystko jest. W których nie trzeba niczego poprawiać ani przyspieszać. W których można zauważyć, że życie dzieje się również wtedy, kiedy nie próbujemy nim zarządzać.
Ten poranek jest trochę jak miękka kołdra, pod którą można się schować na chwilę, nawet jeśli już się nie śpi. Otula, nie przytłacza. Daje poczucie bezpieczeństwa, ale nie zamyka. Dobrze się w nim jest. Bo nie ma w nim presji. Jest tylko obecność.
Patrzę jeszcze raz na te stare wazy i myślę o tym, jak ważne są rzeczy, które mają dla nas znaczenie, nawet jeśli dla kogoś innego są zwyczajne. Każdy ma swoje małe światy, swoje przedmioty, swoje rytuały, które budują codzienność. Piękne jest to, że możemy je tworzyć po swojemu.
Uśmiecham się do siebie, trochę bez powodu, a trochę właśnie z powodu tego wszystkiego. Piję herbatę, już trochę chłodniejszą, ale nadal dobrą. Myślę o Was, gdziekolwiek jesteście, w jakimkolwiek tempie zaczynacie ten dzień. Może ktoś z Was też jeszcze trochę śpi, może ktoś już biegnie przez obowiązki, a może ktoś właśnie siedzi tak jak ja, z kubkiem w dłoniach i chwilą dla siebie. Każda z tych wersji jest w porządku. Każda jest dobra.
Chciałabym Wam życzyć takiego poranka, który nie musi niczego udawać. Takiego, w którym można być sobą, bez poprawiania. Takiego, w którym znajdzie się choć jedna chwila na zatrzymanie. Na oddech. Na spojrzenie wokół. Na zauważenie czegoś małego, co nagle okazuje się czymś wielkim. Siedzę jeszcze chwilę, nie spiesząc się nigdzie. Pozwalam, żeby ten poranek trwał, żeby się rozlewał powoli, jak światło, które jednak w końcu wyjdzie spod tej kołdry, nawet jeśli jeszcze chwilę się waha. Wiem, że to wystarczy. Że ten moment jest kompletny.
Wasza pani Kropka i

.
Ps. Uśmiecham się do Was od ucha do ucha.