Dzień dobry Tarnowianie, Przyjaciele i wszyscy jeszcze nie spotkani:) Czy też tak doświadczacie , że są dwa rodzaje budzików? Te, które dzwonią, i te, które oddychają, patrzą i stoją nad twarzą tak długo, aż człowiek poczuje na sobie wzrok pełen znaczenia. Mój ma cztery łapy, futro i absolutne przekonanie, że dzień zaczyna się wtedy, kiedy on uzna to za stosowne. Nie negocjuje. Nie zna przycisku „drzemka”. Zna za to bardzo dobrze przycisk „blisko”.
Jeszcze bywa chłodno w domu. Jeszcze kominek nie nadąża za zimowym porankiem. A on wtedy przychodzi i wtula się we mnie z tą swoją naturalną pewnością, że jego miejsce jest właśnie tutaj. I nagle robi się cieplej. Nie tylko fizycznie. Jest w tym cieple coś więcej niż temperatura. Jest spokój. Jest poczucie, że nie jestem sama w tym powolnym budzeniu świata.
Patrzy na mnie tak, jak nikt nie potrafi patrzeć. Bez pośpiechu. Bez oceniania. Bez tej całej ludzkiej komplikacji. W jego oczach jest zaufanie czyste i pełne. Takie, które nie powstało z umowy ani z obietnicy. Ono po prostu jest. I to zaufanie zobowiązuje bardziej niż jakiekolwiek słowa.
On mówi do mnie codziennie. Mówi ogonem, który zaczyna żyć własnym życiem, kiedy tylko się poruszę. Mówi swoim czekaniem pod drzwiami, jakby każda minuta mojej nieobecności była drobną niedogodnością, którą można wybaczyć, ale nie warto powtarzać. Mówi swoją obecnością, kiedy kładzie się obok, nie oczekując niczego poza tym, żeby być blisko.
I rozśmiesza mnie. Czasem swoją powagą wobec rzeczy zupełnie niepoważnych. Czasem tym, jak potrafi wpakować się w zaspy z przekonaniem odkrywcy, a potem spojrzeć z lekkim zdziwieniem, że śnieg jednak sięga wyżej, niż przewidywał. Zimą pakujemy się razem w te zaspy i małe tarapaty, a on nigdy nie ma żalu. Otrzepuje się, patrzy na mnie i jest gotowy na dalszą część przygody.
Wiosną wracamy do domu z mokrymi łapami i śladami na podłodze, które są jak podpis jego obecności. Jesienią kałuże stają się nieuniknionym elementem spaceru, bo przecież nie można przejść obok nich obojętnie. A latem przychodzi ten szczególny czas, kiedy siadamy razem wieczorem i patrzymy na czerwcowe świetliki. On siedzi spokojnie obok mnie, jakby rozumiał, że to jest chwila, której nie trzeba zakłócać. I w tych momentach mam poczucie, że naprawdę jesteśmy razem w tym samym świecie, nie obok siebie, ale wspólnie.
Ma swoją bolesławiecką miseczkę. I mam wrażenie, że ją lubi. Może dlatego, że jest jego. Może dlatego, że wszystko, co staje się częścią naszego codziennego rytuału, nabiera znaczenia większego, niż mogłoby się wydawać. Zwierzęta przywiązują się nie do rzeczy, ale do sensów, które z nimi wiążą.
On nauczył mnie rzeczy prostych, które wcale nie są łatwe. Nauczył mnie zatrzymywać się na chwilę. Cieszyć się bez powodu. Być tu naprawdę, a nie tylko przechodzić przez dzień. Nauczył mnie, że obecność jest wartością samą w sobie.
Zwierzęta oddają nam całe swoje serca. Bez kalkulacji. Bez dystansu. Bez zabezpieczenia. Ufają, bo wybrały. Kochają, bo są zdolne kochać w sposób czysty i pełny. I to jest odpowiedzialność, ale też ogromny dar.
Dzisiejszy poranek jest zaśnieżony i przymglony szarościami. Taki trochę nieśmiały, trochę cichy. Ale jest. I to wystarczy, żeby być wdzięcznym. Za ciepło obok. Za spojrzenie pełne zaufania. Za obecność, która nie pyta o nic.
A ja dziś w Kropce czekam na Was od 10. Jeśli macie ochotę, zajrzyjcie. Pogadulimy o porankach, o życiu i o tych wszystkich małych sprawach, które składają się na nasze dni.
Wasza Pani Kropka i🔵:)