Przejdź do głównej treści
Zamknij wyszukiwarkę Wyczyść Szukaj

Infolinia

+48 577 701 680

Produkty w koszyku: 0. Zobacz szczegóły

Codzienność w Kropce, Czwartek 5.02

Wczorajsze spotkanie w Kropce jeszcze w sobie słyszę. To była jedna z tych rozmów, które nie są ani wielkie, ani oficjalne, a jednak dotykają najczulszych miejsc w sercu.Tam gdzie mieszkają wspomnienia i tęsknota. Nasza wspólna, cicha, trochę wstydliwa tęsknota za byciem razem tak zwyczajnie, po sąsiedzku, bez okazji, bez planu, bez wielkich słów.

Codzienność w Kropce, Czwartek 5.02

 
Rozmawialiśmy o tym, jak bardzo brakuje nam wspólnych działań. Takich najprostszych. Nie projektów, nie wydarzeń z plakatem, tylko rzeczy, które dzieją się, bo jesteśmy obok siebie. Choćby wtedy, kiedy spadnie śnieg i pod blokiem nie da się przejść. Każdy z nas zna ten moment. Wychodzisz rano, patrzysz pod nogi, ślisko, zasypane, wózek nie przejedzie, starsza osoba ledwo idzie, dzieci ślizgają się w drodze do szkoły. I zaczyna się to nasze zbiorowe narzekanie. Że znowu nikt się tym nie zainteresował. Że płacimy za utrzymanie porządku. Że zawsze tak samo. I wszystko to jest prawdą. Tylko że wczoraj przyszła do mnie taka myśl,oczywiście nie własna , podpowiedziana, bardzo prosta, a jednak jakoś przełomowa w swojej prostocie: a gdyby tak w tym czasie zrobić coś razem?
Ja odśnieżę kawałek chodnika. Ty odgarniesz przy wejściu. Ktoś inny zrobi przejście do śmietnika. Jeszcze ktoś odkopie ławkę. I już robi się przestrzeń. Już robi się bezpieczniej. Już robi się bardziej „naszo”. A z tego śniegu, który odgarnęliśmy, można by usypać dzieciakom małą górkę do zjeżdżania. Niewielką, może trochę krzywą, może śmieszną, ale naszą. Wyobrażacie to sobie? Dzieciaki z sankami, z jabłuszkami, z rumieńcami na twarzach. Śmiech, piski, ten dźwięk śniegu pod butami. A my obok, z termosami z kawą i herbatą. Ktoś przyniósłby ciasteczka, ktoś inny kawę , ktoś jeszcze powiedziałby „a ja mam syrop malinowy, do herbaty jak znalazł”. I stoimy tam, rozmawiamy, patrzymy na nasze dzieci, uśmiechamy się do siebie nie dlatego, że wypada, tylko dlatego, że nam razem dobrze.
Tak bardzo brakuje nam tej sąsiedzkości. Tych wspólnych działań, ale jeszcze bardziej – relacji. Takich, w których nie trzeba się przedstawiać, tłumaczyć, udawać. W których można powiedzieć „słuchaj, przypilnujesz mi małego na chwilę, muszę tylko skoczyć do sklepu?” i to nie jest nadużycie, tylko naturalna wymiana dobra. Wczoraj, w tej rozmowie, poczułam, że wielu z nas nosi w sobie dokładnie to samo. Że za tymi zamkniętymi drzwiami mieszkań są ludzie, którzy też by chcieli czasem wyjść po prostu z kubkiem w ręku i stanąć pod blokiem „na chwilę”.
Pamiętam swoje dzieciństwo. Blok, w którym się wychowałam, nie był ani piękniejszy, ani nowocześniejszy niż nasze teraz. A jednak tętnił życiem. Moja mama i mamy moich podwórkowych kumpli spotykały się tak po prostu, wychodząc z domu ze szklanką kawy. To nie były umówione spotkania, nie było kalendarzy, zaproszeń, planów. Ktoś wyszedł wytrzepać dywan, ktoś inny wynieść śmieci, ktoś jeszcze wrócił z pracy i przysiadł na chwilę na murku. I nagle robiło się z tego pół godziny rozmowy. O życiu, o dzieciach, o tym, że komuś znowu pralka się zepsuła, że ktoś ma nadmiar cukinii z działki, że ktoś jedzie do miasta i może coś przywieźć.
Można było zostawić dziecko pod czyjąś opieką, tak naturalnie, bez stresu, bez stu telefonów kontrolnych. Ojciec jednego kolegi pomagał drugiemu grodzić drzewka, które wspólnie sadzili pod blokiem. Ktoś naprawiał rower, ktoś pożyczał wiertarkę. To nie było idealne, ludzie się też kłócili, mieli swoje charaktery, swoje historie. Ale żyło się społecznie. Nie w zamkniętych domach, nie każdy w swoim świecie, tylko obok siebie naprawdę.
Tęsknię za tym. Może dlatego tak mnie poruszyła ta wczorajsza rozmowa w Kropce. Może dlatego tak bardzo wróciło do mnie to uczucie, kiedy jakiś czas temu poszłam po cukier do sąsiadek obok Kropki, o czym już Wam kiedyś pisałam. To było takie małe, zwyczajne zdarzenie, a jednak jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju. Drzwi, uśmiech, „jasne, już daję”, dwa zdania zamienione w progu i nagle człowiek czuje, że nie jest sam w tym swoim kawałku świata. Wczorajsza kropkowa rozmowa tylko to potwierdziła. Te moje tęsknoty nie są tylko moje.
Zastanawiam się, czy Wy też tak macie. Czy też czasem łapie Was takie uczucie, że mijamy się na klatce, w windzie, na parkingu, pod sklepem, i każdy z nas niesie w sobie całe życie, radości, trudności, zmęczenie, marzenia – a wiemy o sobie tak niewiele. Czy też macie w sobie pragnienie, żeby to „dzień dobry” czasem zamieniło się w coś więcej. W rozmowę. W śmiech. W bycie razem nie dlatego, że trzeba, tylko dlatego, że można.
Naprawde wierzę, że w narodzie siła:)). Ale ta siła zaczyna się tu, bardzo blisko. Pod naszym blokiem. Na naszym chodniku. Przy naszej ławce. W Kropce. W tym, że zamiast tylko narzekać, że znowu coś nie jest zrobione, możemy czasem spojrzeć na siebie i powiedzieć „to co, robimy to razem?”. Nie zawsze, nie w każdej sprawie, nie kosztem siebie. Ale czasem. Na tyle, na ile możemy.
Marzy mi się, żeby kiedy zrobi się cieplej, pod Kropką wydarzyło się takie nasze kawowo-herbaciane popołudnie. Kto może, ten przyjdzie. Kto nie może, uśmiechnie się w drodze. Dzieci będą biegać, ktoś przyniesie ciasto, ktoś usiądzie na chwilę i powie „dawno tak po prostu nie siedziałam z ludźmi”. Żebyśmy mogli zobaczyć, że obok nas mieszkają nie „sąsiedzi z trzeciego piętra”, tylko Ania, Marek, pani Zosia, młodzi rodzice, ktoś samotny, ktoś zmęczony, ktoś właśnie szczęśliwy. Ludzie. Nasi.
Piszę to wszystko z uśmiechem od ucha do ucha, ale też z jakimś wzruszeniem, które ściska gardło. Bo wierzę, że to jest możliwe. Że nie jesteśmy skazani na życie obok siebie w ciszy. Że możemy odzyskać choć kawałek tej zwyczajnej, ciepłej, sąsiedzkiej bliskości. Takiej, która zaczyna się od „masz może cukier?”, a kończy na „dobrze, że jesteś”.
Od dziesiątej czekam dziś w Kropce. Z sercem otwartym, z uśmiechem, z tą myślą, że może właśnie od takich małych chwil zaczyna się coś większego. Wasza pani Kropka. Ps. Jeszcze tylko kawa i jadę do Was:)