Przejdź do głównej treści
Zamknij wyszukiwarkę Wyczyść Szukaj

Infolinia

+48 577 701 680

Produkty w koszyku: 0. Zobacz szczegóły

Codzienność w Kropce, Czwartek 9.04

Otwieram klub, bo… Dziś od rana wszystko układa się w tonacji lekko minorowej. Otwieram oczy z nadzieją na dzień, który będzie miał w sobie odrobinę wiosennego światła, a tymczasem za oknem niebo przykryte szarą, ciężką kołderką, która bardziej przytłacza niż otula.
 
Codzienność w Kropce, Czwartek 9.04
Patrzę na to przez chwilę, jakby miało się zaraz rozjaśnić z czystej uprzejmości, ale nic z tego, więc wracam do kuchni i robię kawę, licząc na to, że ona przejmie rolę ratownika nastroju.
Pierwszy łyk jest poprawny, drugi już trochę mniej przekonujący, trzeci sprawia, że uśmiecham się do siebie z lekką ironią, bo nawet kawa zdaje się dziś mówić „robię co mogę, ale cudów nie obiecuję”. Mimo to próbuję złapać dobry rytm dnia, zbieram się, wychodzę i wtedy rzeczywistość delikatnie, acz konsekwentnie przypomina mi, że temperatura zdecydowanie nie konsultowała się z kalendarzem.
W tym momencie zaczyna się coś bardzo ludzkiego, coś znajomego i w gruncie rzeczy całkiem niewinnego. Zaczynam marudzić. Najpierw subtelnie, bardziej do siebie niż do świata, takim półgłosem, który jeszcze próbuje zachować pozory elegancji. Potem już trochę śmielej, z większym zaangażowaniem, jakby to była umiejętność, którą warto dopracować. W końcu osiągam poziom, na którym można by śmiało powiedzieć, że to już nie jest przypadkowe marudzenie, tylko pełnoprawna forma ekspresji.
Pierwszy telefon i już słyszę w swoim głosie nutę komentarza do rzeczywistości, drugi tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że dziś mam wyjątkowy talent do dostrzegania wszystkiego, co mogłoby być odrobinę lepsze, trzeci zamyka pewien etap, w którym przestaję udawać, że jestem w trybie „świetnie sobie radzę”.
Aż tu dzwoni moja koleżanka.
Odbieram i niemal natychmiast dociera do mnie znajoma melodia. Ona też marudzi. Z wyczuciem, z klasą, ale jednak bardzo wyraźnie. I nagle czuję coś, co trudno nazwać inaczej niż ulgą. Okazuje się, że nie jestem jedyną osobą, która dziś patrzy na świat z lekkim przymrużeniem oka i odrobiną rezerwy.
To odkrycie działa zaskakująco kojąco. W świecie, który często wymaga od nas sprawności, energii i nieustannego „ogarnięcia”, taka wspólnota w niedoskonałości brzmi niemal jak luksus. Nagle marudzenie przestaje być czymś, co należy ukrywać, a zaczyna być czymś, co można potraktować jak krótką przerwę od bycia dzielnym.
W tym momencie podejmuję decyzję, którą uznaję za absolutnie słuszną i, pozwolę sobie na odrobinę odwagi, organizacyjnie wybitną. Otwieram Klub Maruderów.
To inicjatywa spontaniczna, ale przemyślana w swojej istocie. Klub działa wyłącznie dziś, przez najbliższe godziny, co nadaje mu charakter ekskluzywny i niepowtarzalny. Nie wymaga zapisów, rekomendacji ani specjalnych kompetencji. Wystarczy jeden prosty warunek, lekkie poczucie, że dziś wszystko jest trochę mniej na swoim miejscu niż zwykle.
Można westchnąć głębiej niż zazwyczaj i nikt nie będzie analizował tego w nieskończoność. Można spojrzeć w niebo i wyrazić swoją opinię, nawet jeśli nie będzie ona szczególnie entuzjastyczna. Można przyznać, że kawa nie uratowała dnia w takim stopniu, w jakim się tego oczekiwało. Można też, co uważam za szczególnie wartościowe, po prostu powiedzieć, że ma się dziś nos na kwintę i uznać to za wystarczające wyjaśnienie.
Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że ten klub nie służy do tego, by pielęgnować marudzenie bez końca. To raczej bezpieczna przestrzeń, w której można na chwilę odłożyć na bok potrzebę bycia w doskonałej formie. Pozwolić sobie na autentyczność, która nie zawsze jest wygładzona i gotowa do pokazania światu w idealnym świetle.
Bo kiedy człowiek przestaje walczyć ze swoim nastrojem i pozwala mu przez chwilę po prostu być, często okazuje się, że on sam zaczyna się zmieniać. Napięcie powoli odpuszcza, oddech się uspokaja, a gdzieś pomiędzy jednym a drugim westchnieniem pojawia się cień uśmiechu. Nie spektakularny, nie na pokaz, raczej dyskretny, jakby trochę nieśmiały, ale za to bardzo prawdziwy.
Dlatego dziś podpisuję się pod tym w pełni świadomie. Zdarza mi się marudzić. Dziś zdecydowanie mam taki dzień. Mój nos pozostaje w wyraźnym kontakcie z kwintą i nie zamierzam tego ukrywać.
Jeśli czujesz, że Twoja rzeczywistość brzmi dziś w podobnej tonacji, drzwi stoją otworem. Można wejść na chwilę, rozgościć się w tej niedoskonałości i odkryć, że wcale nie trzeba być zawsze w najwyższej formie, żeby być wystarczającym.
Jutro najpewniej przyjdzie coś nowego. Być może słońce, być może tylko trochę jaśniejsze chmury, a być może dokładnie to samo, tylko odbierane już z mniejszym ciężarem. Jedno jest pewne, nawet najbardziej rozmarudzony dzień ma w sobie potencjał, żeby zakończyć się odrobiną lekkości.
Ściskam Was dziś tak trochę z przymrużeniem oka i odrobiną ciepła, które mimo wszystko gdzieś się w tym wszystkim ukryło.
Wasza rozmarudzona pani Kropka i 🔵.