Światło wpadało ostrożnie przez okno, a ja wiedziałam, że to będzie dzień pełen ruchu, emocji i rzeczy, które nie dadzą się zamknąć w planie. Od szóstej rozpakowywałam cuda z Bolesławca — jedno po drugim, ostrożnie, z uwagą, jakby każde niosło w sobie małą historię. Ceramika ma w sobie coś, co zatrzymuje. Kształt , ciepło wzoru, powtarzalność, która nigdy nie jest taka sama. Każdy talerz, każda miska, każdy kubek wydawał się mówić: „jestem gotowy na czyjeś życie”. ( Pozbawiłam przyszłości przy tym rozpakowywaniu dwie cukierniczki i talerzyk).
Myślałam, że zdążę. Naprawdę. W głowie wszystko było poukładane: tu rozpakuję, tu ustawię, tu jeszcze poprawię, ogarnę przestrzeń, zapalę światło, złapię oddech. Ale życie rzadko idzie według moich notatek. Przyszedł klops — nie dramatyczny, nie bolesny, tylko ten codzienny, ludzki, trochę śmieszny i trochę męczący. Przychodzili goście. Jedni po drugich. A ja w tym wszystkim: kartony, papier, stoły jeszcze nie do końca gotowe, przedmioty w pół drogi między chaosem a porządkiem. I my — oni i ja — musieliśmy się w tym bałaganie odnaleźć.
To było zaskakująco prawdziwe. Bez fasady, bez idealnego tła, bez udawania, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Było „tu i teraz”. I za to dziś szczególnie dziękuję. Dziękuję Wam za wyrozumiałość. Za uśmiechy rzucane ponad kartonami. Za rozmowy prowadzone między półkami, które jeszcze nie zdążyły stać się „oficjalne”. Za to, że nikt nie powiedział: „ojej, jaki chaos”, tylko raczej: „nic nie szkodzi, damy radę”. To są drobiazgi, ale właśnie z nich składa się atmosfera. To one budują poczucie, że można być sobą, nawet gdy nie wszystko jest idealne.
Była też Ona. Pani, która machnęła ręką i powiedziała, że w Tarnowie nic się nie udaje. Nikomu. Że to miasto, w którym wszystko jakoś się rozmywa, nie wychodzi, nie ma sensu. Znam ten ton. Znam to zmęczenie. To zdanie, które brzmi jak mur — wysoki, szczelny, gotowy zamknąć rozmowę. Przez chwilę pomyślałam, że będę cicho. Że nie będę się spierać, nie będę prostować, nie będę na siłę świecić optymizmem. Bo czasem cisza wydaje się łatwiejsza.
Ale potem wydarzyło się coś prostego. Dobra rozmowa. Taka bez podnoszenia głosu, bez racji i kontrracji. Rozmowa, w której bardziej się słucha niż odpowiada. Starałam się zarazić ją moją wiarą — nie naiwną, nie cukierkową, tylko tą wypracowaną, codzienną wiarą w ludzi i w miasto. W to, że miejsca są takie, jacy są ludzie. Że jeśli ciągle mówimy, że się nie da, to naprawdę przestajemy próbować. Że Tarnów to nie wyrok, tylko przestrzeń. Że wiele zależy od tego, z jaką intencją wstajemy rano.
Nie wiem, czy zmieniłam jej świat. Pewnie nie. I to w porządku. Najważniejsze było to, że wyszła życząc mi wszystkiego, co najlepsze. Szczerze. Bez ironii. I właśnie o to chodzi. Nie o wielkie deklaracje, nie o natychmiastowe nawrócenia na optymizm. O moment. O przesunięcie ciężaru. O to, że choć przez chwilę nie było „nic się nie udaje”, tylko „życzę dobrze”.
Coraz mocniej wierzę, że nie warto narzekać. Narzekać, narzekać i jeszcze raz narzekać. Rozumiem złość. Rozumiem smutek. Rozumiem dni, w których wszystko jest ciężkie i szare. Ale ciągłe życie w klimacie, że wszystko jest beznadziejne, naprawdę nic nie daje. Nie chroni. Nie przygotowuje. Nie sprawia, że jest łatwiej. Wręcz przeciwnie — odbiera energię, odbiera sprawczość, odbiera radość, zanim ta zdąży się pojawić.
Patrzmy tu i teraz. Na to mamy wpływ. Na sposób, w jaki mówimy do drugiego człowieka. Na to, czy zauważymy coś dobrego, czy przejdziemy obok, bo „nie ma sensu”. Na to, czy podziękujemy, czy uznamy, że „to przecież normalne”. Na to, czy damy sobie prawo do niedoskonałości — do bałaganu, do zmęczenia, do dnia, który nie wyszedł zgodnie z planem.
Dziś ten bałagan był potrzebny. Pokazał mi, że ludzie nie przychodzą po perfekcję. Przychodzą po kontakt. Po autentyczność. Po chwilę rozmowy, po spojrzenie, po gest. Przychodzą, żeby być. A bycie rzadko bywa sterylne. Częściej jest trochę krzywe, trochę nie na czas, trochę w biegu. Życie.
Cieszmy się z małych rzeczy. Naprawdę. Z kubka, który dobrze leży w dłoni. Z tego, że ktoś powiedział „dziękuję”. Z tego, że rozmowa, która mogła się skończyć westchnieniem, skończyła się życzeniem dobra. Z poranka, który zaczął się wcześnie i choć był intensywny, miał sens. Z miasta, które nie jest idealne, ale jest nasze. Z ludzi, którzy przychodzą, nawet gdy nie wszystko jest gotowe.
To właśnie te małe rzeczy tworzą nas. Nie wielkie hasła, nie wielkie narzekania, nie wielkie rozczarowania. Tylko codzienne wybory: czy dam nadzieję, czy ją odbiorę; czy zobaczę trudność, czy zobaczę człowieka; czy powiem „nic się nie da”, czy „spróbujmy”.
Dzisiejszy dzień mnie tego nauczył na nowo. Że warto wierzyć. Że warto mówić. Że warto się nie zamykać. Nawet gdy jest bałagan. A może zwłaszcza wtedy. Miejcie dobrą, spokojną noc i baśniowe sny. Ps. Zdjęcie na ogrzanie, wymarzłam się dziś niewiarygodnie,więc patrzę i się grzeje:) Wasza pani Kropka